|
|
 |
| Armin Lufer – wspomnienia. Część
2. |
PLAC DANIŁOWSKIEGO – DRABIZIUS PLATZ
Na nim stoi znak rozpoznawczy Karłowic – wieża ciśnień. Plac do początku lat 30-tych XX wieku był od swojej zachodniej strony ogrodzony przez wielką górę piasku rzecznego.
Pochodzenie owej góry piasku tłumaczono między innymi tak, że w okolicy prowadzonych było wtedy wiele projektów budowlanych i że piasek wykopywany pod
fundamenty domów zrzucano właśnie na placu. W każdym razie dla mnie i moich przyjaciół owa górka była znakomitym miejscem zabaw i gier.
Na tej górze piasku nie tyko budowaliśmy z pomocą wody i łopatek grajdoły, ale też podziemne tunele. Powstawały tam nie tylko głębokie
dziury, rozgałęzione drogi, ale też małe schrony, które w końcu okazały się dość niebezpieczne,
bowiem wysuszony przez promienie słoneczne piasek na górze zaczął się obsypywać, co doprowadziło do zarwania i zburzenia schronów.
Pewnego razu wspólnie z kumplami w ostatnim momencie uwolniliśmy kolegę z takiej "pułapki". Aż do ud całe nogi miał przysypane.
Nie potrafił już uciec przed spadającymi zwałami piachu. Ten wypadek stanowił dla nas – dzieci
– ważną i długotrwałą lekcję. Nigdy więcej nie budowaliśmy już w piasku schronów. Na miejscu owej górki około 1934
r. powstały wielopiętrowe domy mieszkalne z parterami przeznaczonymi pod drobny handel.
UL. MICIŃSKIEGO – AM ERLENBUSCH
Mała uliczka łącząca rynek z Dietrich Eckert Strasse (ul. Wacława Berenta) była przez 17 lat uliczką mojego dzieciństwa i młodości.
Dom numer 4 jest źródłem mojego życia i ostoją rodzinnej miłości. Panowała tam braterska jedność pomiędzy czterema rodzinami z różnych warstw społecznych
i przyjaźń łącząca mieszkające w nim dzieci i młodzież. Erlenbusch – Micińskiego z otaczającą te uliczkę zielenią i spokojem, była dla mnie pod wieloma
względami źródłem siły, nadzieją na to, co będzie, ale i miejscem żałoby. Świadczą o tym niektóre z tych przeżyć:
– Przylegające do mieszań czynszowych małe ogródki były dla dorosłych miejscem odpoczynku po pracy, a dla nas
– dzieci – stanowiły punkt spotkań
do zabaw w piaskownicy, a w młodzieńczym wieku do gry w piłkę. Wielka lipa w czerwcu, miesiącu pełnego kwitnienia, stawała się dla mnie miejscem
zbierania zapasów lipowej herbatki dla całej rodziny. Na to duże, grube drzewo wspinaliśmy się bez żadnej pomocy i udogodnień, potem zbieraliśmy kwiaty
do worka i zanosiliśmy do domu, gdzie w wannie były obmywane z kurzu. Następnie rozkładałem wilgotne kwiatostany w domu na podłodze, aby wyschły.
Herbatką tą raczyłem potem całą rodzinę.
– Na początku lat 30-stych budowano naprzeciwko naszego domu, po drugiej stronie ulicy, kolejne domy - jeden po drugim. Ich budowniczym był
pewien przedsiębiorca, który później stał się ich mieszkańcem. Już od pierwszego dnia zaznaczałem przy tej budowie swoją obecność,
ponieważ zawsze towarzyszyłem pracy robotników, szczególnie murarzy. Ze starej czapki mojego dziadka specjalnie dla mnie uszyte zostało
nakrycie głowy, jakie nosili noszący wapno i cegły robotnicy. Dostałem też młotek murarski na moją miarę i deskę do układania cegieł. Tak ubrany
stałem się już uznanym gościem i "pracownikiem" na budowie. Ta nić porozumienia, która narodziła się pomiędzy mną a robotnikami była dla mnie pierwszym
zwiastunem mojej późniejszej pracy, którą wybrałem w późniejszym życiu, zupełnie podświadomie.
– Na terenie ówczesnego gospodarstwa ogrodniczego Karla Kurtzera byłem razem z innymi dziećmi,
szczególnie z moimi sąsiadami z rodziny Mücke nie tylko
częstym gościem, ale i pomocnikiem w wyrywaniu chwastów czy przy zbiorze warzyw. Taka praca dawała fizycznie w kość. Jako zapłatę, zamiast pieniędzy,
dostawaliśmy zawsze kilka produktów.
– Ogród był ogrodzony przez niewysoki żywopłot a w miejscu gdzie Erlenbusch wpadała w Dietrich Eckert Strasse, oddzielony był zaokrąglonym murem
(zob. część 1. wspomnień - przyp. red.).
22 stycznia 1945 roku podczas jednej z najzimniejszych zim, musiałem pożegnać się z moją matka i siostrą i spełniać wydawane mi rozkazy.
Droga od domu wzdłuż żywopłotu prowadziła mnie na nowe koleje losu. Pokryte śniegiem krzewy głaskałem prawą dłonią na pożegnanie, które miało okazać się
pożegnaniem na zawsze z Karłowicami. Po moim przymusowym udziale w wojnie, po miesiącach niewoli i po zakończeniu II wojny światowej wróciłem na
Erlenbusch – ulicę mojego dzieciństwa dopiero latem 1964 roku, już jako gość.
ALEJA TADEUSZA BOYA-ŻELEŃSKIEGO – WICHELHAUS ALLEE
Jest drugą ulicą, która nadawała niegdyś i nadaje po dziś dzień charakter Karłowicom. Jest nie tylko ulicą mojej sześcioletniej drogi do szkoły i miejscem
zamieszkania najlepszego przyjaciela mojej młodości, ale też miejscem naznaczonym wieloma przeżyciami. W miejscu, gdzie ul. Boya-Żeleńskiego łączy się z
ulicą Kasprowicza, mieścił się mały posterunek policji, który dbał o całe Karłowice, dziś jest tam jednopiętrowa restauracja
("Harenda" – przyp. red.). Na tym posterunku było nie więcej niż pięciu policjantów. Także ja, jako dziecko i młodzieniec przysparzałem policjantom
swoimi młodzieńczymi wybrykami trochę pracy. Jazda rowerem bez świateł albo we dwójkę po chodniku należały do normalności. Ja też chciałem się wykazać!
Ale kiedy tylko zauważałem policjanta z ich typowym nakryciem głowy – tzw. czako – natychmiast zaczynałem przestrzegać reguł publicznego porządku.
To były czasy, w których sam widok policjanta wystarczył, by zaprowadzić porządek.
W willi wielkiego hrabiego Agricoli – domu numer 22/24 (do niedawna przychodnia) mieszkał mój serdeczny przyjaciel Hans Jank, z którym przeżyliśmy wspólnie
kąpiel w lodowatej wodzie żabiego stawu. Hans i ja zwykliśmy razem organizować sobie nasz czas wolny. Hans musiał zawsze przedłożyć do kontroli rodzicom
zrobione zadania domowe i wykonać kilka prac domowych, zanim otrzymywał wolne od rodziców. Jako jego przyjaciel uczestniczyłem zawsze w częściowym
wykonywaniu zadań. Do takich należało cotygodniowe czyszczenie drogi dla pieszych i rowerów, oraz obejścia domostwa. Wykonana praca była "odbierana"
bądź przez ojca, bądź też matkę Hansa. Jako, że i ja byłem zaangażowany w te prace, dostawałem też od rodziców Hansa "odprawę",
czyli wolne. Ta wspólna praca niezwykle zbliżyła mnie z moim przyjacielem, Hansem Jankiem, z którym przyszło mi się pożegnać 20 stycznia 1945 roku,
gdy musieliśmy objąć swoje stanowisko w Festung Breslau i którego nigdy więcej nie ujrzałem. Hans zmarł w wieku 35 lat. Jego dom rodzinny przy Wichelhaus Allee
nr 22/24 jest do dzisiaj corocznym celem moich odwiedzin.
Tam, gdzie dziś stoi szkoła przy ulicy Boya Żeleńskiego (SP 83), znajdowała się niegdyś
"moja" łąka. Był to niezabudowany teren z wieloma chaotycznie ułożonymi dróżkami, które stanowiły znakomity skrót do
Dietrich Eckert Strasse (ul. Berenta) i Wichelhaus Allee (Boya-Żeleńskiego). Było tam mnóstwo gęstych zarośli i wiele zieleni. Ta łąka była jednocześnie miejscem
dziecięcych szaleństw. Na niej graliśmy często w piłkę nożną. Zarośla były natomiast znakomitym miejscem to budowania kryjówek. Zabawy na łące były często powodem,
że zapominałem o obowiązkach szkolnych. Szkolne zeszyty i mapy frunęły w kąt, a ja brałem pod pachę piłkę nożną i znikałem z pola widzenia.
Godne pochwały czy naśladowania to moje zachowanie może i nie było, ale za to jak najbardziej stosowne do wieku.
Teren zakładu MEINECKE rozciągał się aż do Wichelhaus Allee (Boya-Żeleńskiego). Firma ta miała własne połączenie kolejowe.
Po tak zwanej kampanii francuskiej z 1940 na terenie wzdłuż torów aż do przejazdu pod torami, został założony obóz dla francuskich jeńców wojennych
(obecny skład węgla – przyp. red.). Postawione tam baraki odpowiadały normom przetrzymywania jeńców, ale były ogrodzone drutem kolczastym. Pewnego dnia w 1942 roku
zobaczyłem kilku francuskich żołnierzy. Wyglądali na dobrze odżywionych, a ich ubrania były czyste i wyprasowane. Jeńcy ci byli szczęśliwymi młodymi mężczyznami, którzy
cieszyli się, że udało im się przeżyć. O tym opowiadali mnie i moim szkolnym przyjaciołom – mówili świetnie po niemiecku! Od 1942 roku oglądałem jednak odartych
z godności "robotników ze wschodu" i jeńców z byłego Związku Radzieckiego, którzy obdarci i niedożywieni musieli harować dla Niemców. Z taką niesprawiedliwością
nie mogłem się długo pogodzić, przecież wszyscy byli ludźmi i mieli równe prawo do życia! Te obrazy i przeżycia stały się dla mnie codziennością,
kiedy 10 maja 1945 roku stałem się sam jeńcem wojennym Armii Czerwonej w Pisku, w byłej Czechosłowacji. Owe przeżycia i doświadczenia z 1945 roku
uczyniły ze mnie - już jako siedemnastolatka - nieprzejednanego wroga faszyzmu i wojny.
Przejdź do części 3
|