|
|
 |
| Armin Lufer – wspomnienia. Część
3. |
UL. ASNYKA – AN DEN BRUNNEN
Była i jest do dzisiaj bogatą ulicą Karłowic ze swoimi licznymi ekskluzywnymi willami i
domami. Nazwę swoją ("przy studni") otrzymała od studni, leżącej przy
skrzyżowaniu z ul. Czajkowskiego, która to studnia zapewniała dostawę wody
dla całego przyległego terenu. Szczególnym miejscem tej ulicy był staw znajdujący się w trójkącie
połączeń ulic: an den Brunnen (Asnyka) Gallwitzstrasse (Czajkowskiego) i Gerhart Hauptmann Weg (Konopnickiej), naturalnie porośnięty trzciną i innymi trawami,
zarybiony i znany z rechotu żab i ropuch (zob. w dziale "Czy wiesz, że..." – przyp. red.). Oaza ta znajdowała się na drodze, jaką przemierzałem wraz z moim
przyjacielem Hansem Jankiem idąc na pobliską plażę (istniejący do dziś na terenie szkoły oficerskiej odkryty basen – przyp. red.), wzdłuż karłowickiego cmentarza
(nie istnieje – znajdował się między ul. Makuszyńskiego, Konopnickiej, Chranowskiego i Czajkowskiego – przyp. red.). Staw ten w okresie letnim bogaty był w różne
gatunki zwierzątek, które musiały zaspokoić naszą ciekawość, rechoczące żabki i długie rurki z trzciny były niezłą zabawą... Głośne kumkanie żab stało się inspiracją do nazwania tego stawku, który w nazwie żargonu karłowickiego nazwany został Quak Lake - czyli żabie jeziorko. Doświadczenia zdobyte nad stawem stały się materiałem na lekcje biologii, która nazywała się kiedyś nauką o życiu.
W zimie 1941 roku wraz z moim przyjacielem Hansem Jankiem udaliśmy się nad zamarznięty staw, gdzie postanowiliśmy sprawdzić grubość pokrywy lodowej
Quak Lake.
Doszliśmy do połowy stawu, ale w pewnym momencie znaleźliśmy się zanurzeni po szyję w lodowatej wodzie. Nie
wołaliśmy o pomoc, bo nikt by nas nie dostrzegł ani
nie usłyszał. Złapaliśmy się za ręce i po miękkim dnie stawu doszliśmy do brzegu. Pospiesznie pozbyliśmy się sitowia na naszych ubraniach, które w
ciągu paru minut zamarzły. Skostniali od zimna biegliśmy obaj przez ulicę an den Brunnen, obok posterunku policji – tam, gdzie dzisiaj stoi restauracja przy
ul. Boya Żeleńskiego ("Harenda") prosto do domu rodziców Hansa Janka przy
Wichelhaus Allee 22/24. Rodzice Hansa byli w tym domu dozorcami, mogliśmy więc niezauważeni
przemknąć się do piwnicy budynku, w której znajdowała się pralnia. Napełniliśmy wannę gorącą wodą i rozgrzaliśmy się, dzięki temu uniknęliśmy przeziębienia i
innych chorób, które mogły być następstwem tej przygody. Próbowaliśmy załatwić to niepostrzeżenie, ale niestety tato Hansa nakrył nas przy naszej kąpieli i
surowo się z nami rozprawił. Po ostrej rozmowie obaj dostaliśmy zasłużone
lanie tak, że ślady ręki długo utrzymywały się na naszych tyłkach i przestrzegały
nas przed podobnymi wydarzeniami na całe życie!
Za każdym razem, gdy jestem na Karłowicach, spoglądam na ten dom, w którym obecnie znajduje się budynek użyteczności publicznej (chodzi o budynek dawnej
przychodni przy Boya-Żeleńskiego – przyp. red.).
UL. PIOTRA CZAJKOWSKIEGO – KARLOWITZ
STRASSE, GALLWITZ STRASSE
Ulica ta odzwierciedla pochodzenie późniejszego miasta-ogrodu. Zabudowa ulicy jest wymownym wyrazem jej historycznego rozwoju. Jako dziecko i młody chłopak
byłem bardzo przywiązany do tej ulicy z jej typowymi budynkami i placami.
– We wschodniej części ulicy – w pobliżu przejazdu kolejowego stoi do dzisiaj legendarny budynek "Dorf-Schule" (szkoły wiejskiej), będącej częścią
Volksschule
(szkoły ludowej) nr 63, znajdującej się przy wieży ciśnień (obecnie gimnazjum na rogu Przybyszewskiego i Przesmyckiego – przyp. red.). 1-go kwietnia 1935 roku zostałem zapisany do
pierwszej klasy, której wychowawcą był bardzo szanowany i lubiany nauczyciel Pan Eggert. Nauczyciel ten, całkiem jeszcze młody, potrafił przekazywać nam wiedzę
bez podnoszenia głosu i stosowania przemocy. Był on wrogiem kar cielesnych wyznaczanych przy pomocy trzcinki, czy tak ówcześnie stosowanych "policzków". W gorące
miesiące letnie, lekcje swoje prowadził z nami na tyłach terenu szkoły, w tzw. zagajniku brzozowym, który graniczył z seminarium duchownym (obecnie
Uniwersytet Wrocławski). Nauka na świeżym powietrzu była szczególnym przeżyciem i była równocześnie wytchnieniem, nie odwracała uwagi od zieleni brzóz. Pewnego dnia
w czasie lekcji ktoś zaczął drapać w drzwi, okazało się, że to mój pies Hektor.
Pan Eggert pozwolił mu wejść do klasy, po skończeniu lekcji musiałem jednak zaprowadzić go do domu. Niestety, metody stosowane przez pana Eggerta nie znalazły następców.
Czymś szczególnym w okresie szkolnym była dla mnie możliwość siedzenia w klasie na bosaka, wszystkie dziewczynki i chłopcy siedzieli w ławkach boso, w szortach
i w koszulkach gimnastycznych. W takim oszczędnym stroju, nikt nie mógł stwierdzić pochodzenia społecznego innych, nikt nie mógł rozpoznać zasobności portfela
rodziców uczniów. Porównuję to trochę z dzisiejszą modą na markowe ubrania. Jakże kosztowna jest ta moda, która doprowadziła do podziałów między ludźmi.
– W środku Karlowitz Strasse (Czajkowskiego) – przy skrzyżowaniu z Konstantin Schnier Strasse (Przybyszewskiego), naprzeciwko dawnej
szkółki
leśnej, do roku
1944 znajdowała się piaszczysta "pustynia". W tej okolicy, na tyłach seminarium duchownego, było miejsce spotkań karłowickiej orkiestry dętej, w której i ja
występowałem, grając na werblach. Pod okiem o 6 lat starszego gimnazjalisty, który od lat grał na organach w gimnazjum sióstr elżbietanek, syna profesorki
muzyki z Wyższej Szkoły Muzycznej we Wrocławiu, mogliśmy ćwiczyć dwa razy w tygodniu. Bogaty repertuar był bardzo intensywnie ćwiczony i musiał być
prezentowany przez każdego członka orkiestry. Nie zostałem wprawdzie muzykiem, ale doświadczenie to miało wielkie znaczenie w moim dalszym życiu.
UL. STANISŁAWA PRZYBYSZEWSKIEGO – KONSTANTIN
SCHNIER STRASSE
Wiąże się ona z kilkoma wspomnieniami mojej młodości, z których chciałbym wymienić kilka:
– Na wysokości Placu Daniłowskiego jeszcze dzisiaj znajduje się budynek ówczesnej Szkoły nr 63, do której uczęszczałem w latach 1937 do 1939, ucząc się w
klasie III i IV. Przeciętnie w klasie uczyło się ok. 30 uczniów, różnego wyznania. Jeszcze w III klasie starszy nauczyciel, stojący na czołowym miejscu
wśród grona pedagogicznego, potrafił używać kija, jako pomocy naukowej do wbijania wiedzy, co zmieniło się radykalnie w klasie
IV, gdzie ówczesny rektor – Pan Frommelt – wprowadził do szkoły zasady wielkiego pedagoga Pestalozziego.

– Żydowskie rodzeństwo Militscher od pierwszego roku nauki zostało zintegrowane ze
społecznością szkolną – ich hebrajska wiara nie miała dla mnie żadnego znaczenia! Pewnego dnia, w lecie 1938 roku wychowawca naszej klasy w lapidarny sposób zaczął nam tłumaczyć, że rodzeństwo Militscher nie będzie mogło już chodzić z nami do szkoły, gdyż muszą się przeprowadzić. Dopiero po wydarzeniach tak zwanej nazistowskiej
"Nocy Kryształowej" 9 listopada 1938, dotarły do mnie skrywane informacje, że nasi żydowscy przyjaciele w porę zdołali wyjechać z faszystowskich Niemiec do USA. Udało im się uciec przed masowymi wówczas egzekucjami na narodzie żydowskim; oszczędzili sobie drogi do Oświęcimia.
– Seminarium duchowne, leżące w bezpośrednim sąsiedztwie, od drugiego roku wojny, aż do jej końca zamieniło się w lazaret (szpital wojenny) ciężko rannych ofiar wojennych – często rannych w głowę. Na zachowanej do dziś pergoli z kolistym murem obnażało się dla mnie okrucieństwo wojny. Ci, co nie musieli już leżeć w łóżkach, mogli wychodzić na to miejsce i odpoczywać. Widok zabandażowanych głów, niewidoczne twarze wzbudzały we mnie współczucie. Przecież to byli przeważnie młodzi żołnierze w wieku 20 lat. Za każdym razem jak staję w tym miejscu, nawet po tylu latach, po osobistych wojennych przeżyciach, przed oczyma staje mi ten okrutny widok.
– Naprzeciwko seminarium duchownego, po drugiej stronie ulicy, zaczynała się tzw. Karłowice-wieś. Była to naprawdę wieś, na której znajdowały się budy rzeźników, których ciąg sięgał aż do ulicy Czajkowskiego. Moi rodzice byli stałymi klientami tych kramików mięsnych; również ja mogłem robić tam zakupy wraz z nimi oraz kupować na tzw. zeszyt. Musieliśmy tak robić ze względu na zbyt niskie zarobki ojca. Rachunki spłacane były w niewysokich ratach
Przejdź do części 4
|