|
|
 |
| Armin Lufer – wspomnienia. Część
4. |
PL. JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO – AM MARKTE
Na rynku karłowickim toczyło się całe życie towarzyskie. Dla mnie rynek ten był środkowym punktem mojego życia i tak wpisał się w moją pamięć. Z tym centralnym
miejscem Karłowic kojarzą się następujące wspomnienia:
– Punktem spotkań dla nas, dzieci był "Kandelaber" – centralny maszt, który swoimi latarniami oświetlał większą część rynku. W tamtym miejscu rozpoczynały
się też nasze dziecięce gry i zabawy w chowanego i w berka, po całym terenie. Tam też, jako dzieci, zbieraliśmy się z rowerami wyjeżdżając na nasze karłowickie
wycieczki, krążąc po wyboistych dróżkach. W tym miejscu w grudniu stawał punkt sprzedaży choinek. Po godzinach pracy tego sklepiku, wystawione drzewa stawały się
świetnym miejscem do zabawy w chowanego.
– Lindenhof (obecnie CK "Agora") ze swoją balową salą cieszył się dużym zainteresowaniem,
w weekendy zarówno starsi jak i młodsi, małżeństwa i młode pary
spotykali się w nowoczesnej sali z piękną sceną. Duże okna we frontowej ścianie sali były oblegane przez gapiów, którzy chętnie obserwowali tańczących oraz
prowadzącego mistrza tańca. Dla mnie samego patrzenie na pary tańczące w rytm pięknej muzyki, było zawsze dużym przeżyciem.
– Lindenhof zapewniał też zakwaterowanie żołnierzom, którzy podczas święta poświęconego pamięci poległym w I wojnie światowej, trzymali godzinną wartę przy
pomniku ku czci poległych. Jako dziecko uważałem, że to musi być coś bardzo ważnego, to równe ustawianie się w szeregu i miarowy marsz, było dla mnie wyrazem dyscypliny i porządku.
Ta doroczna ceremonia, której przyglądałem się z entuzjazmem okazała się być planowym przygotowywaniem narodu niemieckiego do wojny, którą mieliśmy poznać wraz z
jej wszystkimi skutkami w 1945 roku. Z bólem myślę dzisiaj o tych możliwych do uniknięcia wymarszach żołnierzy.
– Rynek ze swoimi dwoma piekarniami i cukierniami, sklepami Scholz i Schenk oraz rzeźnikiem Bürgel był nie tylko miejscem moich zakupów ciastek i bułek z
kiełbasą, ale też ulubionym celem naszego myśliwskiego psa Hektora z Wolfsburga – wiernego towarzysza mojego dzieciństwa. Zawsze dostawał od właścicieli sklepu
jakiś pożywny kąsek, ponieważ zwykł "służyć" w widocznym miejscu przed wejściem. Z racji, że nie panował wtedy większy ruch uliczny, jego obecność na ulicy nie
stwarzała żadnego zagrożenia.
– Do stałych towarzyszy moich zabaw należało żydowskie rodzeństwo Militscher, które do 1938 roku mieszkało w obecnym budynku policji przy placu Piłsudskiego.
Byli oni zaangażowani we wszystkie nasze podwórkowe gry i zabawy, nie było między nami żadnych uprzedzeń czy pogardy, byli równymi pośród równych. Nie miałem wtedy
bladego pojęcia, że z napisanej przez Hitlera książki "Mein Kampf" narodzi się krwawa rzeczywistość. Jako "młody przedstawiciel narodu" nie przeczuwałem też wtedy
żadnego niebezpieczeństwa.
KĄPIELISKO NA KARŁOWICKIEJ PLAŻY – DAS STRANDBAD KARLOWITZ
Sztuczne kąpielisko, leżące naprzeciwko koszar przy ulicy Czajkowskiego, było prowadzone przez zarząd miasta Wrocławia jako basen odkryty (obecnie kąpielisko
znajduje się na terenie Wyższej Szkoły Oficerskiej – przyp. red.). Miejsce to cieszyło się popularnością nie tylko wśród młodszych i starszych mieszkańców Karłowic,
ale również wśród innych mieszkańców Wrocławia. Na terenie kąpieliska znajdowała się rozległa łąka z nowo posadzonymi drzewami, piaszczystymi wydmami i miejscami do
leżakowania oraz licznymi kabinami do przebierania, wraz z kasą (jak dowiedzieliśmy się od Karli Postrach-Rast – wicemistrzyni Dolnego Śląska juniorek w pływaniu z
1944 r. – wstęp kosztował 4 marki – przyp. red.) przy głównym wejściu – naprzeciw koszarowych bloków. Największą atrakcją była 5-metrowa skocznia z 3-metrową i
1-metrową trampoliną, do której od północnej strony przylegał drewniany pomost oddzielający basen dla pływających, a na nim znajdowało się miejsce ratownika.
W miesiącach letnich byłem stałym gościem tego kąpieliska. Po odrobieniu lekcji lub ich nie odrabianiu znikałem ubrany w spodenki gimnastyczne na moim pojeździe
(tak nazywałem mój najzwyklejszy w świecie rower) prosto na kąpielisko, prześlizgując się przez drucianą siatkę od północnej strony – w ten sposób nie musiałem
płacić za wstęp. Najpierw moczyłem się szybko w basenie dla nie umiejących pływać, a następnie w podskokach rzucałem się z 1-metrowej trampoliny do części dla
potrafiących pływać. Dzikie zachowanie moich przyjaciół i moje wzbudzało często gniew dorosłych i ratownika. Skakaliśmy tam, gdzie mogło wydarzyć się coś złego,
ze względu na tłok zażywających kąpieli ludzi. Nie raz swoim postępowaniem napytałem sobie biedy, mając zakaz kąpieli. Z niepokojem obserwowałem często lekcje
pływania dla rekrutów z pobliskich koszar. Przeważnie polegało to na tym, że młodzi adepci nieumiejący jeszcze pływać, wrzucani byli przez swoich przełożonych na
głęboką wodę. Brano ich za ręce i nogi, i po rozhuśtaniu wrzucano do wody. Ratownik udzielał się tylko w momentach najwyższego zagrożenia. To nieludzkie traktowanie
było krytykowane przez obserwujące to zjawisko dzieci, ale któż liczył się z małymi "gnojkami". W zimie kąpielisko zamieniało się w publiczne lodowisko.
Uczęszczane było ono przeważnie popołudniami przez karłowicką młodzież i dzieci, które używały oświetloną taflę lodową do późnych godzin wieczornych.
Jeździło się na łyżwach w normalnym stroju, tak jak chodziło się po ulicy, wysokie kozaki przymocowywane były podeszwą do łyżew przy pomocy specjalnego klucza.
Buty musiały być dość mocne, by to wytrzymać. Skórzane obcasy i podeszwy przymocowywane do łyżew niszczyły się dość szybko i wymagały częstych interwencji szewca,
co niezbyt podobało się mojej mamie. Na lodowisku bawiliśmy się przeważnie w berka. Jazda figurowa dozwolona była tylko dla zaawansowanych, ale my często im
przeszkadzaliśmy. Chcąc samemu popróbować, wdzieraliśmy się na ich lekcje, nie bacząc na zakazy. Kąpielisko Karłowice było centrum rekreacyjno-wypoczynkowym nie
tylko dla mnie. Ale dla mnie jest ono szczególnym miejscem, którego nie zapomnę nigdy!
PARK KARŁOWICKI – DER KARLOWITZER PARK
Położony między ulicą Kasprowicza a nadodrzańskim wałem, był i jest po dziś dzień dodatkowymi płucami już i tak zielonych dookoła Karłowic. Jako dzieci spotykaliśmy
się tam, najczęściej na wale - stałym punkcie startowym dla naszych wypraw, aby bawić się w tak zwane gry terenowe, na przykład "policjantów i złodziei" lub na
długie, terenowe jazdy na rowerach. Dużo drzew i krzewów, kręte drogi i dróżki, zielone trawniki zapraszały do wszelakich zabaw. Wspinaczka na drzewa należała
wówczas do zabaw stałych i oczywistych.
Ten park miał i ma do dzisiaj dla mnie duże znaczenie rodzinne. W letnich miesiącach, obchodząc urodziny swych członków rodzina nasza spotykała się zawsze na
pikniku wokół okazałego platana. Do grona ucztujących zaliczali się: rodzeństwo moich rodziców, dziadkowie, ciotki, wujkowie i kuzyni. Była to wtedy bardzo
popularna forma rodzinnych wypadów.
Pod platanem porozkładane były wełniane koce, na których serwowano ciasta – zwłaszcza placek z kruszonką oraz Blümchenkaffee (rodzaj ówczesnej kawy). Przy takim
poczęstunku żywo plotkowano na wszystkie tematy. Dzieci spędzały czas na swój sposób, bawiły się w chowanego bądź wspinały na drzewa. Były to bardzo przyjemne
zjazdy rodzinne, które odbywały się do roku 1939. Przerwała je II wojna światowa. Przy okazji mojej pierwszej wizyty w polskim Wrocławiu, w lecie roku 1964 nogi
same zaprowadziły mnie do miejsca naszych rodzinnych spotkań – pod "platan Luferów".
WAŁ KARŁOWICKI – DER ODERDAMM
Od strony południowej stanowi granicę karłowickiego miasta-ogrodu. Dla mnie – młodego człowieka miał wyjątkowe znaczenie. Z nim związanych jest kilka
moich wspomnień. W korycie starej Odry rozwijał się ożywiony ruch barek, który widoczny był jeszcze w połowie lat 30-tych. Załadowane barki ciągnięte
były przez holowniki. Powiązane one były z płynącymi wzdłuż brzegu holownikami, grubymi linami umocowanymi na brzegach barek na dodatkowych metalowych żerdziach.
Mężczyźni ciągnący te liny stękali z wysiłku, a pot oblewał ich twarze. Ten "postęp techniczny" osiągany siłą ludzkich mięśni, jeszcze bardziej przyczynił się do
rozwoju transportu rzecznego, coraz więcej barek poruszało się po Odrze. Rozwój techniki, przy równoczesnym wypieraniu siły rąk ludzkich i widok,
jaki można było zaobserwować na wale, przeczył jakimkolwiek pogłoskom o postępie techniki. To było żenujące, sam mógłbym chyba zastosować lepsze rozwiązania,
o których uczyłem się na lekcji fizyki. Do dzisiaj widać nad Odrą wielkie stalowe obręcze, służące do cumowania, do nich przywiązywane były barki grubymi linami
transportowymi. Obręcze te dzisiaj, w erze rozwoju techniki, świadczą o ciężkiej fizycznej pracy, takiej jak legendarnego Syzyfa! Celem moich letnich wypraw
stawały się szalupy umiejscowione na dziobach barek. Jeszcze w lecie 1944 roku chodziłem kąpać się w Odrze, która nie była jeszcze wtedy zanieczyszczona ściekami
przemysłowymi. Przepłynięcie z jednego brzegu na drugi było celem, ale wyrazem olbrzymiej odwagi było wdrapywanie się na przepływające barki. Przewoźnicy
krzyczeli na nas i na naszą głupotę, ale trudno było się oprzeć skokowi na główkę z rufy barki, czy z jej szalupy. To było zbyt piękne i nikt nie
zastanawiał się nad grożącym niebezpieczeństwem.
Również zima miała swoje uroki na wale! Jako człowiek urodzony na nizinie używałem moich nie umocowanych nart zarówno do biegów narciarskich, jak i do zjazdów.
W pewnym punkcie wał pozwalał na dość daleki zjazd, który był zupełnie bezpieczny. Szczególną frajdę sprawiała nam usypana ze śniegu skocznia, z której można
było skakać nie dalej niż dwa metry, ale to było dobrą zabawą. Najsmutniejszym wspomnieniem był dla mnie sierpień 1939 roku, gdy Odrą spływały militarne
transporty w kierunku Polski. Jako jedenastoletni chłopak, nie przewidywałem wtedy, że w styczniu 1945 roku będę musiał w moim rodzinnym mieście wesprzeć
szeregi wojska i poznam wojnę z jej wszystkimi następstwami! Te radosne przeżycia okresu dzieciństwa i młodości nad nadodrzańskim wałem zostały silnie
naznaczone wydarzeniami wojennymi. Wał Karłowicki ma dla mnie wiele twarzy.
KONIEC
|